Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Światło gromnicy.

niedziela, 31 stycznia 2010 17:15
W 1980 r. ukazała się we Francji książka Genevieve Duboscq "Et Dieu sauva mon fils" (Bóg ocalił mojego syna). Autorka tej książki mieszka w Normandii. Dom jej znajduje się na pustkowiu. Odsunęła się od ludzi, aby odnaleźć spokój, skupienie i możliwość rozważania wielkich spraw Bożych, jakie dokonały się w jej życiu. A historia jej życia była niezwykle barwna.
    Jako młoda dziewczyna, w czasie, okupacji niemieckiej, przeżyła wstrząsające wydarzenia. Mieszkała przy przejeździe kolejowym, gdzie ojciec był dróżnikiem. Przejazd znajdował się na wysepce wśród stawów. W nocy 5 czerwca 1944 r. usłyszeli warkot samolotów alianckich. W powietrzu unosiły się tysiące spadochroniarzy. Niemcy zapalili reflektory przeciwlotnicze. Rozpoczęła się straszliwa masakra. Później całą noc razem z ojcem zbierali łodzią ocalałych 350 żołnierzy, przewożąc ich w miejsce bezpieczne.
    W kilka miesięcy później Genowefa wybrała się ze swym bratem na przechadzkę. Noga brata zaplątała się w druty. Genowefa pociągnęła za drut, by go uwolnić i spowodowała wybuch miny przeciw czołgowej. Brat rozerwany został na kawałki, dla niej rozpoczął się długi okres pobytu w szpitalu. Szpital opuszcza jako inwalidka w 90%, a w jej ciele pozostaje około 400 odłamków miny. Niedługo później wychodzi za mąż. Jej pierwsze dziecko umiera z głodu, bo jego organizm nie przyjmuje żadnego pokarmu. Szóste z kolei dziecko zostało dotknięte tą samą chorobą. Wówczas zrozpaczona matka nad konającym dzieckiem składa dziwny ślub. Obiecuje udać się w pieszej pielgrzymce do Ziemi Świętej, do Jerozolimy, jeżeli Bóg sprawi cud i uratuje jej dziecko. Cud się dokonał. Dziecko (Noel) zostaje uzdrowione.
    W pięć lat później, dokładnie 13 lipca 1965 r. Genowefa wyrusza samotnie z Normandii, jedynie w towarzystwie osiołka, w kierunku Ziemi Świętej. W ciągu trzech miesięcy przejdzie pieszo 4100 kilometrów. W tym czasie przeżyje różne dramatyczne chwile. Z niebywałą wytrwałością przechodzi przez Szwajcarię, Włochy, Jugosławię, Bułgarię. Dociera do Istambułu w Turcji. Tutaj ostatni odcinek drogi zmuszona jest przebyć autobusem, gdyż zima zamknęła wysokie góry Taurusu. Wreszcie znalazła się w Jerozolimie. W bazylice Grobu Pańskiego Genowefa w czasie dziękczynnej Mszy św. składa w ofierze, a później zapala dużą świecę jako wotum wdzięczności. Płomień spalającej się świecy wyrażał jej głęboką wiarę, miłość ofiarną, nadzieję na światłość życia wiecznego.
    Co roku, 2 lutego, do naszych kościołów wnosimy inne świece - gromnice. Wnosimy jena podobieństwo Maryi, która przyniosła Światłość Światłości na swoich rękach by ofiarować je Panu. Nasza świeca jest symbolem Chrystusa, który oświetla, wskazuje nam drogę.
    Z 13 na 14 lipca 1977r. o godz. 22.30 w Nowym Yorku i Bostonie zgasły światła i wszystkie urządzenia elektryczne. Linia przesyłająca energię uległa awarii. Jedna z wież podtrzymujących linie wysokiego napięcia, która łączy metropolię z wodospadem Niagara, runęła w przepaść. Ciemność trwała całą noc. Skutki były ogromne. Najbardziej jednak ucierpieli ludzie z powodu nie tyle awarii technicznej: windy, lodówki, ogrzewania, itp., ile z powodu niesamowitego zszokowania, zaskoczenia, nieporadności ludzi, którzy byli absolutnie zdezorientowani sytuacją. Niemal od początku katastrofy, pracowały radiostacje na innym zasilaniu, które ustawicznie uspokajały, informowały, próbowały apelować, dodawać odwagi. Najczęściej powtarzającym się apelem była prośba o panowanie nad wyobraźnią, nad nerwami, nad zaskoczeniem. Zapewniano, że trwają prace remontowe, że trzeba przetrwać czas, który zmusza do innych zachowań, ale minie.
    Rzeczywiście: przetrwać ciemność, gdy coś się rozsypie w życiu. Nie ulegać panice. Życie zna awarie i ciemności, które trzeba uczyć się przetrwać.
    Ten, który pomaga nam przetrwać ciemności, wszelkie ciemności życia, jest w naszym zasięgu, jest tuż obok. Mądrością jest umieć Jemu zaufać, za Jego światłem podążać. Ten kto będzie się mocno trzymał Jezusa, tak jak trzyma zapaloną świecę w rękach, nigdy się nie zawiedzie i nie zbłądzi.

komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Mędrcy świata...- Uroczystość Objawienia Pańskiego

czwartek, 07 stycznia 2010 17:12

   Długi czas nie robiłem wpisu na blogu. Wynika to z braku czasu. Teraz też pewnie bym nic nie pisał, ale pomyślałem, że i tak wysyłam co jakiś czas artykuły do gazety "Dobry Znak", więc będę je tutaj także umieszczał. Czasopismo ma zasięg tylko lokalny, blog o wiele większy, więc co 2 tygodnie jakaś notka powinna się pojawić.

   Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dziękuję za wsparcie duchowe. W kaplicy szpitalnej, kto śledzi moją stronkę ten wie, że sporo się pozmieniało. Dla przypomnienia - zapraszam w odwiedziny: www.PiotrKrasuski.pl

   Pewnego razu Mała księżniczka poprosiła bajarza by opowiedział jej bajkę o Mędrcach ze Wschodu. Ten rozpoczął swoją historię: Żył kiedyś mędrzec, który miał na imię Artaban. Artaban umówił się z swymi braćmi magami: Kasprem, Melchiorem i Baltazarem, że razem wyruszą do Jeruzalem powitać nowo narodzonego Króla żydowskiego.

   Przygotowując się do podróży, sprzedał wszystko co miał i za otrzymane pieniądze kupił kilka bezcennych klejnotów, które postanowił zawieźć w darze Królowi Królów. Artaban pędził co koń wyskoczy na umówione spotkanie z trzema mędrcami. W drodze zatrzymał się tylko raz, po to, aby pomóc umierającemu z choroby i wycieńczenia biednemu człowiekowi. Artaban nie tylko opatrzył chorego, ale ofiarował mu również jeden z klejnotów, które wiózł w darze dla Króla Królów. Czas poświęcony choremu biedakowi spowodował zwłokę w podróży. Kiedy Artaban przybył na umówione miejsce, otrzymał wiadomość, że trzej mędrcy zniecierpliwieni czekaniem, udali się w poszukiwanie Króla Królów bez niego.

   Artaban nie załamał się tym niepowodzeniem. Postanowił sam wyruszyć na poszukiwanie, po drodze napotykał ludzi biednych, którzy prosili go o pomoc, a on zawsze zatrzymywał się i tej pomocy im udzielał. W końcu rozdał ludziom biednym wszystkie drogocenne klejnoty, które wiózł w darze dla nowo narodzonego Króla. Historia ta kończy się tym, że Artaban jest stary i biedny. Nigdy nie zrealizował największego marzenia swojego życia, aby zobaczyć Króla Królów, upaść u Jego stóp i ofiarować Mu klejnoty.

   Pomimo tego jeszcze raz postanawił udać się do Jerozolimy. W dniu, w którym dotarł do miasta, dowiedział się, że w mieście ma się odbyć egzekucja skazańca, który zwodził lud, mieniąc się Bogiem. Kiedy Artaban zobaczył skazańca, jego serce zaczęło bić mocniej. Coś mówiło mu, że to jest właśnie Król Królów, którego on szukał przez całe życie. Zasmucił się bardzo Artaban na ten widok, tym bardziej, że nie mógł nic uczynić, aby pomóc swojemu Królowi.

   I wtedy wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Artaban usłyszał głos Króla Królów, który powiedział do niego: "Nie smuć się, Artabanie. Pomagałeś mi przez całe życie. Kiedy byłem głodny, ty dałeś Mi jeść. Kiedy byłem spragniony, ty dałeś Mi pić. Kiedy byłem nagi, ty Mnie przyodziałeś". Na te słowa twarz Artabana zajaśniała dziwnym blaskiem. Jego wędrówka się skończyła, dary zostały przyjęte. Czwarty Mędrzec Wschodu znalazł swego Króla. (Za Henry'm van Dyke "Czwarty Mędrzec Wschodu").

   I inna historia, już nie legenda:

  "- Co zrobiło na tobie największe wrażenie? Powtarzające się co 90 minut wschody i zachody słońca... ale najbardziej, Ziemia widziana z wysokości 300 km. Ten glob pod nami - samotnie dryfujący w pustce ziemnej, wiecznej nocy - to nasz wspólny dom... pulsujący życiem, różnorodny i niewysłowienie piękny: w nocy wibrujący rojami świateł miejskich, w dzień urzekający bogactwem barw o nieznanej mi dotąd gamie intensywności i świetlistości... Dopiero tam pojąłem, jak powinniśmy ją chronić i cenić...". Tak wspomina swoje podróże gwiezdne astronauta wahadłowca "Atlantis".

   W dalszej rozmowie podkreśli konieczność dystansu, odległości, perspektywy, która pozwala ocenić sprawiedliwiej. Człowiek, który jest zbyt blisko, w środku, uwikłany w codzienne przejawy życia, nie ma możliwości cieszyć się rzeczywistymi wymiarami. Bywa, że myli się, gubi, plącze, że małe przeżycia zasłaniają większe...

   Aby nie zatracić rozeznania, by żyć w prawdzie, ludzie próbują organizować chwile odejścia. Dla wielu ludzi wiary, takim odejściem, aby zyskać równowagę serca, uczuć, odległość radości i bólu...takim odejściem staje się modlitwa, liturgia, rekolekcje... Każdy musi czasem odejść, aby lepiej widzieć...

   Mędrcy dostrzegli przyjście Jezusa z bardzo daleka, Herod, jego dworzanie nie dostrzegli tego będąc tuż obok...

   Czasem trzeba długiej wędrówki, by znaleźć Jezusa, nieraz nawet przez całe życie. Tylko Bóg wie ile miałem spowiedzi ludzi chorych, przebywających w szpitalu, tuż przed ich śmiercią. Ileż wśród nich było spowiedzi po długich latach, nawet kilkudziesięciu latach! I paradoksalnie, czasem szpitalne łoże boleści stało się przyczyną do innego spojrzenia na życie, stało się takim„odejściem", by lepiej widzieć...

   Mędrcy uczą nas cierpliwości i wytrwałości w kroczeniu do Niego. Uczą też, że w naszym wędrowaniu po tej ziemi, także czasem pojawiają się „niezwykłe gwiazdy" (znaki), których udziela na Bóg, tylko trzeba je umieć rozpoznać, a najbardziej pomaga w tym pokora...

   Byli bogaci, mieli władzę, posiadali ogromną wiedzę..., a przy tym zdolni byli pośród zwierząt, klękając na oborniku, oddać hołd i należną cześć małej dziecinie i uznać w niej Króla Królów...


komentarze (1) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Cudowne lekarstwo?

środa, 23 lipca 2008 15:53
    Powoli jakoś zaczynam "dochodzić do siebie", ostatnie dni były ciężkie dla mnie, zdrowie nieźle mi szwankowało. Najważniejsze, że jest już lepiej.
    Dziś tak się złożyło, że miałem szczęście spotkać jednego z profesorów medycyny, ma nawet zajęcia ze studentami Warszawskiej Akademii Medycznej, którego specjalnością jest kolano. Oczywiście mogłem porozmawiać z nim o moich przypadłościach, ale rezultat tej rozmowy był zaskakujący.
    Widać było wiele życzliwości u niego i w czasie rozmowy wypisał mi receptę na lek, który "z pewnością mi pomoże". Ucieszyłem się tym obrotem sprawy, ale jakież było moje zdziwienie, gdy przepisany lek okazał się LEKIEM HOMEOPATYCZNYM. Zastrzyki, które należało wstrzyknąć w kolana miały zmnieszyć ból i przyspieszyć gojenie cgrząstki stawowej.
    Panie profesorze, zapytałem, czy pan wierzy w takie bzdury? Co tam mam leczyć? Te trochę wody pomieszanej z cukrem? Czy wie pan jakie jest tu rozcieńczenie "leku"?
    Nie wiem dokładnie proszę księdza jak to jest, ale ludziom to pomaga - usłyszałem odpowiedź.
    Ech.. nawet stanowisko Naczelnej Rady Lekraskiej z 04.04.2008r. negatywnie ocenia leczenie homeopatią, a nawet:
    "wyraża zaniepokojenie, że część lekarzy i lekarzy dentystów, jak również niektóre organizacje lekarskie i uczelnie medyczne angażują się w popularyzację homeopatii i pokrewnych metod, służąc pomocą w organizacji szkoleń i działań mających na celu legitymizowanie oraz promocję homeopatii"
.
(zobacz  http://awronka.nazwa.pl/txt/txthtml/homeopatia3.htm)
    Dziwne... profesor, wykładowca, praktyk, a jednak dał się złapać na współczesne "czary mary". I ile jeszcze osób da się na to złapać?

komentarze (29) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Wiara w życie wieczne.

sobota, 19 lipca 2008 19:42

    Mimo, że sobota, dzień nie należał do łatwych. Było dużo pracy, obchód małego budynku, kilka wezwań do pacjentów w bardzo ciężkim stanie. A do tego ja sam nie czuję się najlepiej. Na szczęście wszystko co powinienem, udało mi się wykonać.

    Niedawno rozmawiałem z jedną panią pielęgniarką. Jej mama ciężko chorowała, teraz dowiedziałem się, że zmarła. 

    Z uwagą słuchałem tego, co mówiła o ostatnich godzinach jej życia. "Tak ciężko było nam się rozstać proszę księdza - mówiła, i ona bała się śmierci i my też nie chcieliśmy by odchodziła. Ale jej choroba nieuchronnie zmierzała w jednym celu. A gdy nadszedł ten osotani moment, nam wszystkim słabym głosem powiedziała - nie bójcie się, ja już nie będę cierpiała, a przecież tam czeka na mnie mój wnunio Piotruś, on wyjdzie po mnie. I niech ksiądz sobie wyobrazi - kontynuowała, gdy zamknęła oczy, wydała ostatni oddech, wszyscy słyszeliśmy na schodach kroczki małego dziecka. Ja wierzę, że to był mój mały, zmarły synek, który przyszedł po swoją babcię. On jest przecież aniołkiem, a moja mama też odchodziła pojednana z Bogiem, teraz pewnie widzą nas tam z góry i modlą się za nas..."

   "Słyszeliśmy kroczki małego dziecka..." Może tylko złudzenie, może w takiej chwili człowiek słyszy to, co pragnie usłyszeć...a może jednak? Nie ważne, czy słychac było, czy nie, dla mnie budzi podziw ogromna wiara tej pani w życie wieczne.

    "A gdy przygotuję wam mieszkanie, przyjdę i zabiorę was do siebie..." mówi Jezus. Śmierć nie jest przerażająca, gdy człowiek nosi wiarę w sercu. Wiara przekracza granice ludzkiego życia, przenosi go do nieśmiertelności.

komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

W Niepokalanowie...

piątek, 11 lipca 2008 22:45
    Dziś raniutko odwiedziłem Bazylikę w Niepoklanowie. Potem, razem z moim serdecznym przyjacielem Andrzejem, byliśmy w Radio Niepokalanów. Tam próbnie nagrywaliśmy audycje, jeśli się spodobają, być może będziemy tam częstszymi gośćmi. Cieszę się, że to radio zaczyna się rozwijać. W niedługim czasie będzie można słuchać go na żywo w internecie, czyli praktycznie w każdym miejscu kuli ziemskiej.
    W dzisiejszym świecie ważnym jest, by dobry głos pojawiał się w naszych uszach. Media są tak bardzo zaśmiecone, tak trudno połapać się, gdzie są właściwe wartości, co jest prawdą, co może pomóc w dobrych wyborach, decyzjach... Oby to radio stawało się nośnikiem przesłania Ewangelii Jezusa i docierało do jak największej ilości osób.
    Po powrocie z Niepokalanowa normalny rozkład dnia (tylko w przyspieszonym tempie). Obchód, wezwania, Msza Św. Wieczorne burze, gwałtowna zmiana ciśnienia, spowodowały, że przywieziono kilka kolejnych osób, dwie z nich są w bardzo ciężkim stanie. Właśnie teraz  wezwanie wyrwało mnie ze snu, wracając wykorzystuję okazję i piszę kilka słów.
    Kładę się spać, jutro może być także ciężki dzień, upały, na przemian z burzami, mocno oddziaływują na meteropatów. Wszystkim życzę dobrej i spokojnej nocy, niech Jezus otacza nas swoją opieką.

komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przyjdźcie do Mnie wszyscy...

niedziela, 06 lipca 2008 0:15
    Wracam z oddziału, kolejne już dziś wezwanie. Do szpitala trafiła młoda kobieta (niespełna 30 lat) z rozległym udarem. Potem na na OIOM został przywieziony pacjent, który miał rozległe obrażenia, m.in. głowy, (spadł z wysokości - chyba malował dach). Ten człowiek nie skończył jeszcze 25-ciu lat. Oboje walczą o życie, jeśli doczekają rana, to tylko z Bożą pomocą.
    A przed chwilą był zgon, umierał człowiek w podeszłym już wieku, który musiał być bardzo kochany przez najbliższych, gdyż obecne były nie tylko dzieci ale również i wnuki.
    Po takim dniu ciężko jest zasnąć. Mi jest jakoś ciężko na sercu, a co mają powiedzieć najbliźsi tychże chorych? Co czują cierpiący, ich rodziny...?
    W takich momentach pozostaje tylko modlitwa a w uszach brzmią słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię..."
    Jezu udziel nam wszystkim swoich łask, pokrzep zmęczone ciała, serca, umysły... Dopomóż w dźwiganiu naszych brzemion.

komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Czemu tak jest...?

środa, 02 lipca 2008 12:13
    Jest mi smutno... Rano panie z ekipiy sprzątającej poinformowały mnie o włamaniu do kaplicy. Gdy weszły, zastały tam ogromny bałagan, zrzucony krzyż, rozbita skrzyneczka na intencje do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, wiele innych rzeczy porozrzucanych na podłodze.
    Kaplica szpitalna jest otwarta całą dobę. Nie chcę jej zamykać na noc, bo ileż razy juz spotkałem rodziny modlące się w nocy, gdy przywieziono ich bliskiego, np. z wypadku. Bywa, że zamiast stać pod salą operacyjną, gdzie trwa zabieg, schodzą do kaplicy, by się modlić o łaskę zdrowia.
    Nie zamykam kaplicy, bo wiem, że w takiej instytucji jaką jest szpital, ona musi być zawsze otwarta. Ale nie mogę zrozumieć takich aktów wandalizmu. Po co komuś były potrzebne karteczki z intencjami pisanymi przez chorych, czy ich rodziny? Ile ktoś miał satysfakcji, że rzucił krzyż, podeptał go nogami, porozrzucał śpiewniki, obrazki, obrus z ołtarza?
    Czemu tak jest, że w dzisiejszym świecie nie ma już świętości?
Kaplicę zostawię nadal otwartą, za tych, którzy brali udział w tym bezczeszczeniu świątyni będę się modlił. Może Bóg sprawi, że kiedyś odmienią swoje postępowanie...

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Czasem nie zdążę...

piątek, 27 czerwca 2008 0:01
    Smutno kończy się dzień. Przed chwilą wróciłem z wezwania i niestety, to kolejny już dziś zgon. Wieczorem przywieziono młodego chłopaka (15 lat), zmarł w wyniku obrażeń wypadku motocyklowego.
    W godzinach południowych było wezwani do umierającej na OIOM, niestety, nie zdążyłem tam z posługą. Nie chcę się usprawiedliwiać, bo po części to moja wina, nie byłem w tej chwili na terenie szpitala, zanim dojechałem, było już za późno. Ale zabolał mnie fakt, że rodzina zwlekała do końca, dzwoniła po mnie w momencie agonii.
    W takich chwilach jest mi bardzo źle. Staram się być w szpitalu 24 godziny na dobę, a jednak akurat w takim momencie, gdy jestem potrzebny, zabrakło mojej obecności...Staram się...ale czasem nie zdążę...

komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Trzeba jeszcze pocierpieć...

poniedziałek, 23 czerwca 2008 14:07
    Nocą wróciłem z Pisza. Pobyt w parafii M. Bożej Ostrobramskiej zleciał błyskawicznie. Cieszę się, że mogłem znów odwiedzić to miasteczko, spotkać się ze znajomymi, a jednocześnie przeżywać całą niedzielę z parafianami uczestniczącymi w nabożeństwach.
    Dla wielu z nich była to "smutna" niedziela, obecny ks. proboszcz otrzymał dekret o zmianie placówki, teraz będzie proboszczem w Sejnach. On tworzył parafię Matki Bożej Ostrobramskiej, budował kościół, plebanię, teraz będzie pasterzował w innej parafii.
    W czasie wyzyty w Piszu, razem z siostrami tam pracującymi, udałem się do jednej pań, która leży obłożnie chora na nowotwór przewodu pokarmowego. Mogłem z nią chwilę porozmawiać. W pamięci, z tej rozmowy, utkwiły mi słowa, gdy powiedziała: "Czasem dziwią mi się, że nie narzekam na moje cierpienie, że się nie skrażę, nie biadolę. Jak ksiądz widzi, to chyba są już ostatnie dni, choć do łóżka jestem przykuta od roku. Ile mi zostało? Nie wiem tego, ale skoro jeszcze żyję, to wiem, że trzeba pocierpieć. Za kogo? Może sa siebie, może za dzieci, może za kogoś innego? Nie wiem. A wiem, że jeszcze trzeba pocierpieć. To tak, jakby Jezus w czasie drogi krzyżowej zapytał mnie - czy zechcesz chwilę nieść za mnie krzyż? Jak mogłabym Mu odmówić? Jeszcze trochę wytrzymam, może po śmierci przez to będzie lżej..."
    Przy tak niezwykłej wierze i silnej postawie jakże czuję się malutki....

komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Wyjazd do Pisza.

sobota, 21 czerwca 2008 1:57
    Wezwanie nocne, kolejna już śmierć dzisiejszej doby...Trudno zasnąć, człowiek ciągle ma przed oczmi tych, którzy odchodzą i ich bliskich.
    A jutro ciężki dzień. Znów jadę do Pisza zbierać pieniążki na budowę kaplicy, tym razem do innej parafii w Piszu. Trzeba będzie zrobić obchód większości oddziałów, zapakować książeczki, dojechać.
    Noc jest dobrą porą na przemyślenia, refleksje...ale rano trzeba wstawać. Może jakoś uda się zasnąć. Dla bliskich tej osoby, która zmarła, będzie to bezsenna noc, dla wielu cierpiących będzie to bezsenna noc...Ograniam ich modlitwą, prosząc o ulgę dla nich i spokój serca.

komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Czasem nie wiem co robić...

wtorek, 17 czerwca 2008 23:43
    Dziś (niby) wolny dzień. Wyjechałem na trochę, ale po przyjeździe okazało się, że muszę iść na oddziały, niestety kilku pacjentów jest w bardzo ciężkim stanie, a rodziny prosiły by ich odwiedzić.
    Mój organizm jest jeszcze słaby. Szybko łapię infekcje i okazało się, że znów załapałem anginę. Mam przepisany antybiotyk, może się pomału poprawi.
    Dziś przydarzyła mi się, zresztą nie pierwszy już raz, taka sytuacja. Rodzina prosiła bym udzielił Sakramenu Namaszczenia Chorych. Wczoraj byłem u tego człowieka, nie chciał ze mną rozmawiać, a dziś umierał. Poszedłem tylko ze względu na rodzinę, nie chciałem powiedzieć im, że to nie ma sensu, że teraz gdy nieprzytomny, to będziemy go "rozgrzeszać" wbrew jego woli. Ale zaskoczyło mnie, gdy juz bylismy przy jego łóżku, gdy żona powiedziała:
"jeśliby teraz otworzył oczy, to niech ksiądz szybko wyjdzie, by nie widział, że ksiądz przyszedł...".
    Naprawdę czasem nie wiem co robić. Z jednej strony powinienem być konsekwentny, skoro ktos odmawia posługi, to znaczy, że jej nie potrzebuje. Z drugiej strony płacząca rodzina i chyba ich pragnienie by ten chory pojednał się z Bogiem. Jeśli odmówię, będzie ogromny żal do mnie... Trudno to jakoś wypośdrodkować.
   Zmykam do łóżeczka, jestem już po przyjęciu leków. Mam nadzieję, że noc będzie spokojna.

komentarze (7) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Brak mi było...

sobota, 14 czerwca 2008 17:09
    W każdą sobotę jest dosyć duży obchód. Tym bardziej teraz, gdy noga jeszcze trochę boli, nie jest lekko. Ale muszę przyznać, że przez cały czas mojej nieobecności w szpitalu, brakowało mi tych, często jakże trudnych, a jednocześnie niezwykłych spotkań z pacjentami.
  Dni po powrocie przepełnione są pracą. Nie było tutaj systematycznego zastępstwa, nie było regularnych obchodów, więc teraz spowiedzi, rozmów, spotkań, jest mnówstwo. Ale cieszę się, że znów mogę być pośród nich, że razem przeżywam ich bóle, czasem zwycięstwa nad chorobą, czy innym razem mogę towarzyszyć w ostatnich minutach życia...Dziekuję Bogu, że znów tu jestem.

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Rozpocząłem posługę.

czwartek, 12 czerwca 2008 9:28
    Rekonwalescencja po operacji trwała dosyć długo. Od wczoraj znów w pełni posługuję na oddziałach. Bóg pozwolił, że operacja przebiegła pomyślnie, dopomógł w powrocie do powierzonych zadań.
    Chciałbym podziękować wszystkim, którzy pamiętali o mojej osobie, zanosili modlitwy i prośby za moje zdrowie. Dziękuję za pamięć, za tyle ciepłych słów, które otrzymałem, za to cudowne wsparcie.
    Chodzę już prawie normalnie, nie muszę używać kul, by się podpierać. Są jeszcze małe problemy ze schodami, ale widzę, że z każdym dniem jest lepiej.
   Wracam do mojej posługi, dziękując Bogu za możliwość doświadczenia "mojego małego cierpienia". To przeżycie z pewnością pozwoli mi jeszcze bardziej zrozumieć tych, którzy niosą swoje krzyże, by być bliżej nich, by wspierać, towarzyszyć im w cierpieniu.

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

W Wielki Czwartek idę na operację.

poniedziałek, 17 marca 2008 15:38
    Takie smutne są te ostatnie dni. Wczoraj udzielałem Chrztu Św. małej Magdalenie i Mateuszowi. Oboje są w bardzo ciężkim stanie, na szczęście udało się przewieść ich do Warszawy, może tam, gdzie jest specjalistyczny sprzęt, uda się uratować te dzieci.
    Dziś dwa zgony. Pierwszy z nich, młody człowiek (25 lat), zmarł na OIOM-ie. Na szczęście zdążyłem z Sakramentami, ale dla jego bliskich to ogromny ból, przecież był tak w młodym wieku. Drugi, to starszy już pan, bardzo cierpiący. Miał odjęte obie nogi, niewydolność nerek. Smuci mnie to, że odkładał na "później" spowiedź. To "później" nadeszło tak szybko. Jedynie nadzieja w Bożym Miłosierdziu. Będę pamiętał o nim w modlitwie.
    Rozmawiałem dziś z panem doktorem, który ma mnie operować. Zabieg będzie w Wielki Czwartek (najprawdopodobniej między 14-stą a 15-stą). Nie wiem ile czasu potrwa leczenie, rehabilitacja. Być może, przez długi czas, nie będę miał dostępu do netu. Czytelników bloga proszę, by czasem westchnęli za mnie do Boga, ja ze swej strony obiecuję pamięć o Was. Siebie też Jemu polecam, godząc się całkowicie z Jego wolą. Niech nas wszystkich ma w Swojej opiece.

komentarze (27) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Po rekolekcjach w Rymaniu.

piątek, 14 marca 2008 23:38
    Kolejne rekolekcje już za mną. Tym razem byłem w Rymaniu. Parafia nie należy do dużych, ale pracy trochę było. Oprócz kościoła parafialnego, są tam jeszcze dwa filialne. Do tego spotkania z dziećmi i młodzieżą szkolną. Mieliśmy także możliwość spotkania się z młodzieżą ośrodka MONAR-u.
    W czasie tych rekolekcji, również był wyznaczony dzień chorych. Mogłem więc i tam spotkać się z tymi, którzy nie mają możliwości poruszania się o własnych siłach, udzielić im Sakramentu Namaszczenia Chorych, wysłuchać spowiedzi, czy udzielić Komunii Św. Napięty program sprawił, że nawet nie poczułem jak minęło 4 dni i trzeba było wracać. Ale parafianie i Ks. Proboszcz na długo pozostaną w mojej pamięci, tak ciepło byliśmy tam przyjęci.
    Wczorajszy i dzisiejszy dzień to już zwykła posługa w szpitalu. Znów trzeba było wejść w jego  rytm. Przed świętami jest więcej pracy. Ale to cieszy, że jest tyle osób pragnących święta przeżyć w przyjaźni z Bogiem.
    Jutro, oprócz szpitala, mam kilka wyjazdów do chorych mieszkających na terenie Wołomina i Kobyłki. Kładę się więc spać, trzeba nabrać sił, by dobrze wypełnić to, co obiecałem.

komentarze (1) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Pożegnaliśmy Krzysia...

sobota, 08 marca 2008 0:35
    Jutro wyjazd na kolejne rekolekcje. Tym razem też daleko od Wołomina, trzeba będzie jechać kilka godzin. Na szczęście zapowiadają lepszą pogodę niż w zeszłym tygodniu.
    Miniony dzień nie należał do łatwych. Znajomi z mojej poprzedniej parafii prosili, bym razem z nimi pożegnał maleństwo - Krzysia. Urodził się mając niespełna 7 miesięcy, żył dwie godziny. Malutka, biała, trumienka, kilka osób wokoło, cicha modlitwa, głównie w intencji rodziców - to wszystko wprowadza człowieka w tak głeboką zadumę. I choć każdy z nas, tam zebranych, wiedział, że Krzyś cieszy się niebem, to jednak trudno objąć rozumem śmierć dziecka...
    Na obchodzie spotkałem pacjenta, który jakiś czas temu leżał już u nas w szpitalu. Okazało się, że podejrzenia odonośnie nowotworu stały się rzeczywistością. Przystąpił do Sakramentu Pokuty, przyjął Komunię Św., ale gdy odchodziłem, widziałem ogromny smutek w jego oczach. Każdy taki smutek jest również moim smutkiem, a bezsilność jeszcze bardziej pali.
    Po wieczornej Mszy Św. podeszła do mnie jedna z pań, która dosyć często odwiedza naszą kaplicę. Kilka tygodni temu prosiła o modlitwę, jechała na operację - guz piersi. Dziś przyszła znów prosić, by o niej pamiętać. Ma usuniętą pierś, węzły chłonne, ale znów jedzie na dalsze leczenie...Panie Jezu daj jej wiele sił, i jeśli taka wola Twoja, obdarz łaską zdrowia.
    Ile mam sił, możliwości, czasu, tak często staram się modlić za chorych. Bywa, jak choćby dziś, że zasnę, a potem budzę się w nocy, bo bolesne przypadki, spotkane za dnia, mi się śnią. Otwieram oczy i zaczynam się modlić w ich intencji, długo nie mogąc zasnąć. Tylko tyle mogę zrobić, nie umiem więcej, choć tak bardzo bym chciał...

komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Powrót z Lubina

środa, 05 marca 2008 10:55
    Powoli dobiegaja końca rekolekcje w parafii Św. Jana Sarkandra w Lubinie. Niby tylko 4 dni, ale człowiek się jakoś zżywa, z duszpasterzami, parafianami. Doświadczamy wiele życzliwości i serdeczności.
    Jutro znów powrót na oddziały. Ale przedtem czeka nas ciężka droga. Najgorzej nie mam zimówek na samochodzie, a tu popadało i jest lekki mrozek. Jechać będziemy pewnie całą noc, stąd jest kawałek drogi. Może Bóg da, że jakoś szczęśliwie dojedziemy.
    Jutro będzie ciężki dzień, ale tak naprawdę to już mi się tęskni za szpitalem. Cieszę się, że chorzy byli pod dobrą opieką mojego zastępcy - ks. Mieczysława. Ze spokojem wracam, bo wiem, że był na każde wezwanie.
    Za chwilę kolejna msza Św. Będę ją sprawował za wszystkich, którzy mnie wspomagali w czasie tych rekolekcji. Wspomagali bezpośrednio, a także duchowo, modlitewnie. Niech im Dobry Bóg błogosławi.

komentarze (9) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Czas rekolekcyjny.

piątek, 29 lutego 2008 13:05
  Od minionej niedzieli rozpocząłem głoszenie rekolekcji wielkopostnych. Nie jest to łatwy czas, ale zmiana otoczenia i brak wezwań (nie mam z sobą telefonu), powodują, że odpoczywam. Większy jest teraz wysiłek fizyczny, z którym łatwiej sobie poradzić. A przecież nie muszę myśleć o tym co dzieje się w szpitalu, tam jest ks. zastępca, więc łatwiej mi funkcjonować i skupić sie na głoszonych naukach.
    Cieszę się, że szpital podpisał kontrakt z panem doktorem, który ma mnie operować. Po zakończonych wyjazdach, najprawdopodobniej, położę się w końcu, by zrobić porządek z kolanem. Oj daje się teraz ono odczuć, szczególnie gdy długo stoję.
  Minione rekolekcje głosiłem w Warszawie. Potem, niespodziewanie, zostałem zaproszony do młodzieży, do jednej ze szkół w Radomiu. Wracając odwiedziłem rodzinny dom. Chciałem spotkać się z mamą i rodzeństwem, gdyż teraz może być długi okres, zanim znów ich zobaczę.
    Być może, po niedzieli zostaną wstawione okna do kaplicy. Wtedy stan surowy budynku byłby już całkowicie zamknięty. To także bardzo cieszy moje serce.
    W szpitalu kończy się teraz pora obiadowa. Trzeba zbierać się na obchód, tak by zdążyć przed nabożeństwem Drogi Krzyżowej i wieczorną Mszą Św.
    Czytelników zaś (oczywiście kto zechce) proszę o modlitwę, by głoszone rekolekcyjne słowo przyniosło owoce.

komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Smutek, ale i nadzieja...

sobota, 23 lutego 2008 0:09
    Wracam z OIOMU. Nagłe wezwanie do młodego człowieka (36 lat). Walczy o życie, reanimacja przywróciła pracę serca, ale nie wiadomo co z mózgiem - przez długi czas był niedotleniony. Na oddziale była jego żona (jest w stanie błogosławionym, spodziewając się dziecka), był jego brat... Wspólnie modliliśmy się o siły dla chorego i łaskę powrotu do zdrowia.
    To nie jedyne dziś wezwanie, tych tragicznych wydarzeń było więcej. Cierpienie tak nieustannie przewija się przez szpital...
    Serce zabolało mnie dziś także, gdy dowiedziałem się o śmierci pani Huberty. Służyła przez tyle lat w kaplicy szpitalnej. Jak mi mówiła, byłem już siódmym kapelanem, któremu pomagała. Przez ostatnie tygodnie przebywała w hospicjum. Tam doczekała się końca swoich dni...
    Gdy dowiedziałem się o jej śmierci, ogromny smutek mnie ogarnął. Ale zaraz przyszła inna myśl. Przecież to była tak bardzo dobra, pobożna i zacna kobieta. Odchodziła na tamten świat przygotowana, pojednana z Bogiem, zaopatrzona Sakramentami. Wierzę, że będzie zbawiona, że już nie cierpi, a cieszy się oglądaniem Boga. Wierzę, że z tamtej strony będzie wspomagała kaplicę szpitalną, budowę, że dla nas, żyjących, będzie wypraszała potrzebne łaski.
    Mino smutku, czuję jakiś wewnętrzny spokój co do jej duszy. Tyle dobra okazała innym, tyle miłości, swojej cichej posługi... Za te dzieła miłosierdzia, Bóg z pewnością ją wynagrodzi...
    Kładę się spać, może do rana nie będzie już wezwań. Modlitwami ogarniam cierpiących i tych, którzy dziś odeszli. Niech Jezus nam wszystkim da spokojną noc.

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Jest trzecia nad ranem...

środa, 20 lutego 2008 2:55
    Jest już prawie trzecia, a ja nie mogę zasnąć. Późnym wieczorem wróciłem z "wolnego dnia", położyłem się, ale praktycznie zaraz było pierwsze nocne wezwanie. Umierał młody człowiek (44 lata), trawiony przez nowotwór. Nerki przestały w końcu całkowicie pracować, przywieziony na nefrologię, tutaj zakończył życie.
    Przed chwilą drugi raz szedłem do umierającego. Nagły, rozległy zawał. Walka o jego życie trwała zaledwie kilkanaście minut. Wydawało się, zdrowy, silny, młody człowiek (nie miał 60-ciu lat), a jednak kres jego życia już tu na ziemi dobiegł końca.
    Zrobię gorącą herbatę, a potem wezmę różaniec do ręki. Nie ma sesnu się kłaść, za chwilę i tak trzeba wstawać. Modlitwa może choć trochę uspokoi, a co najważniejsze, tym co odeszli teraz tylko tak można pomóc.

komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

piątek, 19 marca 2010

Licznik odwiedzin: 62111

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 08.03.2010 19:55:07
  • autor: mi³o¶c
  • treść: PO PROSTU SERDECZE B...
  

Statystyki

Odwiedziny: 62111
Wpisy
  • liczba: 201
  • komentarze: 850
Księga gości: 104
Bloog istnieje od: 1158 dni