Długi czas nie robiłem wpisu na blogu. Wynika to z braku czasu. Teraz też pewnie bym nic nie pisał, ale pomyślałem, że i tak wysyłam co jakiś czas artykuły do gazety "Dobry Znak", więc będę je tutaj także umieszczał. Czasopismo ma zasięg tylko lokalny, blog o wiele większy, więc co 2 tygodnie jakaś notka powinna się pojawić.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dziękuję za wsparcie duchowe. W kaplicy szpitalnej, kto śledzi moją stronkę ten wie, że sporo się pozmieniało. Dla przypomnienia - zapraszam w odwiedziny: www.PiotrKrasuski.pl
Pewnego razu Mała księżniczka poprosiła bajarza by opowiedział jej bajkę o Mędrcach ze Wschodu. Ten rozpoczął swoją historię: Żył kiedyś mędrzec, który miał na imię Artaban. Artaban umówił się z swymi braćmi magami: Kasprem, Melchiorem i Baltazarem, że razem wyruszą do Jeruzalem powitać nowo narodzonego Króla żydowskiego.
Przygotowując się do podróży, sprzedał wszystko co miał i za otrzymane pieniądze kupił kilka bezcennych klejnotów, które postanowił zawieźć w darze Królowi Królów. Artaban pędził co koń wyskoczy na umówione spotkanie z trzema mędrcami. W drodze zatrzymał się tylko raz, po to, aby pomóc umierającemu z choroby i wycieńczenia biednemu człowiekowi. Artaban nie tylko opatrzył chorego, ale ofiarował mu również jeden z klejnotów, które wiózł w darze dla Króla Królów. Czas poświęcony choremu biedakowi spowodował zwłokę w podróży. Kiedy Artaban przybył na umówione miejsce, otrzymał wiadomość, że trzej mędrcy zniecierpliwieni czekaniem, udali się w poszukiwanie Króla Królów bez niego.
Artaban nie załamał się tym niepowodzeniem. Postanowił sam wyruszyć na poszukiwanie, po drodze napotykał ludzi biednych, którzy prosili go o pomoc, a on zawsze zatrzymywał się i tej pomocy im udzielał. W końcu rozdał ludziom biednym wszystkie drogocenne klejnoty, które wiózł w darze dla nowo narodzonego Króla. Historia ta kończy się tym, że Artaban jest stary i biedny. Nigdy nie zrealizował największego marzenia swojego życia, aby zobaczyć Króla Królów, upaść u Jego stóp i ofiarować Mu klejnoty.
Pomimo tego jeszcze raz postanawił udać się do Jerozolimy. W dniu, w którym dotarł do miasta, dowiedział się, że w mieście ma się odbyć egzekucja skazańca, który zwodził lud, mieniąc się Bogiem. Kiedy Artaban zobaczył skazańca, jego serce zaczęło bić mocniej. Coś mówiło mu, że to jest właśnie Król Królów, którego on szukał przez całe życie. Zasmucił się bardzo Artaban na ten widok, tym bardziej, że nie mógł nic uczynić, aby pomóc swojemu Królowi.
I wtedy wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Artaban usłyszał głos Króla Królów, który powiedział do niego: "Nie smuć się, Artabanie. Pomagałeś mi przez całe życie. Kiedy byłem głodny, ty dałeś Mi jeść. Kiedy byłem spragniony, ty dałeś Mi pić. Kiedy byłem nagi, ty Mnie przyodziałeś". Na te słowa twarz Artabana zajaśniała dziwnym blaskiem. Jego wędrówka się skończyła, dary zostały przyjęte. Czwarty Mędrzec Wschodu znalazł swego Króla. (Za Henry'm van Dyke "Czwarty Mędrzec Wschodu").
I inna historia, już nie legenda:
"- Co zrobiło na tobie największe wrażenie? Powtarzające się co 90 minut wschody i zachody słońca... ale najbardziej, Ziemia widziana z wysokości 300 km. Ten glob pod nami - samotnie dryfujący w pustce ziemnej, wiecznej nocy - to nasz wspólny dom... pulsujący życiem, różnorodny i niewysłowienie piękny: w nocy wibrujący rojami świateł miejskich, w dzień urzekający bogactwem barw o nieznanej mi dotąd gamie intensywności i świetlistości... Dopiero tam pojąłem, jak powinniśmy ją chronić i cenić...". Tak wspomina swoje podróże gwiezdne astronauta wahadłowca "Atlantis".
W dalszej rozmowie podkreśli konieczność dystansu, odległości, perspektywy, która pozwala ocenić sprawiedliwiej. Człowiek, który jest zbyt blisko, w środku, uwikłany w codzienne przejawy życia, nie ma możliwości cieszyć się rzeczywistymi wymiarami. Bywa, że myli się, gubi, plącze, że małe przeżycia zasłaniają większe...
Aby nie zatracić rozeznania, by żyć w prawdzie, ludzie próbują organizować chwile odejścia. Dla wielu ludzi wiary, takim odejściem, aby zyskać równowagę serca, uczuć, odległość radości i bólu...takim odejściem staje się modlitwa, liturgia, rekolekcje... Każdy musi czasem odejść, aby lepiej widzieć...
Mędrcy dostrzegli przyjście Jezusa z bardzo daleka, Herod, jego dworzanie nie dostrzegli tego będąc tuż obok...
Czasem trzeba długiej wędrówki, by znaleźć Jezusa, nieraz nawet przez całe życie. Tylko Bóg wie ile miałem spowiedzi ludzi chorych, przebywających w szpitalu, tuż przed ich śmiercią. Ileż wśród nich było spowiedzi po długich latach, nawet kilkudziesięciu latach! I paradoksalnie, czasem szpitalne łoże boleści stało się przyczyną do innego spojrzenia na życie, stało się takim„odejściem", by lepiej widzieć...
Mędrcy uczą nas cierpliwości i wytrwałości w kroczeniu do Niego. Uczą też, że w naszym wędrowaniu po tej ziemi, także czasem pojawiają się „niezwykłe gwiazdy" (znaki), których udziela na Bóg, tylko trzeba je umieć rozpoznać, a najbardziej pomaga w tym pokora...
Byli bogaci, mieli władzę, posiadali ogromną wiedzę..., a przy tym zdolni byli pośród zwierząt, klękając na oborniku, oddać hołd i należną cześć małej dziecinie i uznać w niej Króla Królów...
Mimo, że sobota, dzień nie należał do łatwych. Było dużo pracy, obchód małego budynku, kilka wezwań do pacjentów w bardzo ciężkim stanie. A do tego ja sam nie czuję się najlepiej. Na szczęście wszystko co powinienem, udało mi się wykonać.
Niedawno rozmawiałem z jedną panią pielęgniarką. Jej mama ciężko chorowała, teraz dowiedziałem się, że zmarła.
Z uwagą słuchałem tego, co mówiła o ostatnich godzinach jej życia. "Tak ciężko było nam się rozstać proszę księdza - mówiła, i ona bała się śmierci i my też nie chcieliśmy by odchodziła. Ale jej choroba nieuchronnie zmierzała w jednym celu. A gdy nadszedł ten osotani moment, nam wszystkim słabym głosem powiedziała - nie bójcie się, ja już nie będę cierpiała, a przecież tam czeka na mnie mój wnunio Piotruś, on wyjdzie po mnie. I niech ksiądz sobie wyobrazi - kontynuowała, gdy zamknęła oczy, wydała ostatni oddech, wszyscy słyszeliśmy na schodach kroczki małego dziecka. Ja wierzę, że to był mój mały, zmarły synek, który przyszedł po swoją babcię. On jest przecież aniołkiem, a moja mama też odchodziła pojednana z Bogiem, teraz pewnie widzą nas tam z góry i modlą się za nas..."
"Słyszeliśmy kroczki małego dziecka..." Może tylko złudzenie, może w takiej chwili człowiek słyszy to, co pragnie usłyszeć...a może jednak? Nie ważne, czy słychac było, czy nie, dla mnie budzi podziw ogromna wiara tej pani w życie wieczne.
"A gdy przygotuję wam mieszkanie, przyjdę i zabiorę was do siebie..." mówi Jezus. Śmierć nie jest przerażająca, gdy człowiek nosi wiarę w sercu. Wiara przekracza granice ludzkiego życia, przenosi go do nieśmiertelności.
piątek, 19 marca 2010
Licznik odwiedzin: 62111
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj: